foto1
foto1
foto1
foto1
foto1

Duszpasterstwo Służby Zdrowia

Diecezji Rzeszowskiej

W ostatnich dniach wiele informacji docierało do nas z mediów o pielęgniarkach. Wielu z nas miało z nimi kontakt, bo albo sami byliśmy pacjentami w szpitalu, albo nasi bliscy. Jestem przekonany, że ten zasłyszany obraz na ich temat, albo też w chwili emocji, stworzony w naszej świadomości, często bywa zafałszowany, przez pryzmat różnych naszych postaw bardzo roszczeniowych i nieracjonalnych. Oderwanych od uwzględnienia całościowego obrazu naszego patrzenia na drugiego człowieka, niezależnie od tego jakie funkcje, zadania, czy też zawody w życiu społecznym wypełniamy.

​W tym kontekście warto na pielęgniarki i ich pracę, posługę popatrzeć przez pryzmat choćby tego, co same o sobie mówią w wywiadzie, który został zawarty w artykule „Anioły szpitalnych sal” prezentowanym w dwumiesięczniku „Któż jak Bóg” (2/2016, s. 4-8). Z pielęgniarkami i siostrą – pielęgniarką rozmawiał Karol Wojteczek.

A zatem bardzo serdecznie zapraszam do lektury w/w artykułu, który pozwoliłem sobie poniżej zacytować:

*Anioły szpitalnych sal

Miasteczka namiotowe, strajki, niskie płace. Taki obraz pielęgniarstwa znamy z mediów. Rzadko jednak zastanawiamy się, co czuje pielęgniarka po 12 godzinach spędzonych wśród osób chorych i umierających. Kto bowiem tak często jak ona ma sposobność uczestniczyć jako obserwator w misterium przechodzenia do innego świata?

Skąd pomysł, by poświęcić się służbie chorym i cierpiącym? Czy była to decyzja czysto rozumowa, czy też wynikła z silnej wiary bądź powołania?

Agnieszka Toczydłowska:

Dziś wiem, że był w tym jakiś Boży plan, który jednak dostrzegłam dopiero z perspektywy czasu. Bardzo chciałam być pielęgniarką jeszcze jako mała dziewczynka – gdy byłam w 3-4 klasie podstawówki. Niestety, w chwili gdy akurat kończyłam szkołę podstawową, zlikwidowano w naszym kraju licea pielęgniarskie. Poszłam więc do liceum ogólnokształcącego, po którym chciałam iść na psychologię, na którą się jednak nie dostałam. Poszłam więc do szkoły pielęgniarskiej, kierując się bardziej względami praktycznymi. Stwierdziłam, że po 2,5 roku będę mieć już zawód, a potem, pracując, skończę w międzyczasie tę wymarzoną psychologię. Opatrzność jednak zechciała, że ostatecznie zostałam już jako pielęgniarka. Myślę, że to było mi pisane, z perspektywy czasu cieszę się, że tak wyszło i czuję się w tym zawodzie spełniona.

Magdalena Świerczewska:

Ze mną jest podobnie. Z perspektywy czasu myślę, że Pan Bóg chciał, abym poszła tą drogą. Nigdy w każdym razie nie żałowałam wyboru tej drogi, nie myślałam, aby porzucić ten zawód. Choć oczywiście – zdarzają się chwile, gdy ma się wszystkiego dosyć. Jak to w życiu.

s. Teresa Toczydłowska CSFA:

Ja nie mogę oddzielić powołania pielęgniarskiego od powołania zakonnego. Wpisane jest ono w charyzmat mojego Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek od Cierpiących. A powołanie do życia konsekrowanego zrodziło się we mnie bardzo wcześnie, do zgromadzenia trafiłam po 8. klasie szkoły podstawowej. Pamiętam, gdy na szkolne rekolekcje przyjechała do nas jedna z franciszkanek. Z przekonującą autentycznością opowiadała, że życie zakonne jest wspaniałą przygodą z Panem Bogiem. I ja zapragnęłam tej przygody posmakować. Wiedziałam, na co się decyduję, wiedziałam, że charyzmat tego zgromadzenia to praca z ludźmi chorymi. Dopiero po latach mama przyznała mi się, że regularnie modliła się, by któreś z jej dzieci obrało drogę życia konsekrowanego. No i przyznała się, że mnie najbardziej widziała w tej roli. <śmiech>

Ale czy takie doświadczenie nieustannej obserwacji cierpienia chorych, ich śmierci, rozpaczy rodziny po stracie – czy to wszystko nie osłabia wiary w dobrego Pana Boga?

Agnieszka Toczydłowska:

Osobie prawdziwie, głęboko wierzącej ciężko jest chyba w takiej sytuacji stracić wiarę. Pracując na oddziale onkologicznym nieustannie obserwuję ludzi w momencie przejścia z jednego życia do drugiego. Nie każdy ma szansę tak często uczestniczyć w tym niewątpliwym misterium. Bywa to trudne i wypalające, ale pocieszam się zawsze, że dla tego pacjenta, który odszedł, cierpienie już się skończyło. Tak naprawdę czasem trudniej jest oglądać tych, którzy cierpią po stracie.

s. Teresa Toczydłowska CSFA:

To podwójne powołanie – pielęgniarstwo połączone z życiem konsekrowanym, łaską wiary – sprawia, że staram się w każdym chorym dostrzegać cierpiącego Chrystusa. Każdy swój dzień pracy rozpoczynam od modlitwy za koleżanki pielęgniarki i lekarzy, z którymi pracuję, za pacjentów, których dzisiaj spotkam, za ich rodziny. Powierzam ich wszystkich Panu Bogu. To dobra ochrona przed zniechęceniem i ucieczką w rutynę.

Oczywiście, trudnych sytuacji jest masa. Bliscy osób chorych często zadają pytanie: „Dlaczego?” i wciąż brak na nie dobrej odpowiedzi, choć, jako siostra zakonna, staram się ich podnosić na duchu i zwracać ich uwagę na zamysły Boże, do których nasz rozum nie ma przystępu. Ale mnie również czasem na widok osoby cierpiącej wciąż potrafią zakręcić się w oczach łzy współczucia.

Skąd więc czerpać siłę, by zwyczajnie w tym wszystkim nie zwariować?

Magdalena Świerczewska:

Staram się nie wynosić ze sobą traumatycznych obrazów poza bramę szpitala, ale czasami nie jest to takie proste. Do teraz pamiętam na przykład wzrok męża, którego żona, 28-letnia dziewczyna, zmarła u nas, będąc w 7 miesiącu ciąży. Dziecko udało się uratować. Ten człowiek nie wiedział, czy ma się cieszyć z jego narodzin, czy płakać po stracie żony. Takie sytuacje – gdy walczymy o ludzkie życie w trwającej czasem i 2 godziny reanimacji, a za drzwiami płacze rodzina – to najtrudniejsza część tej pracy. Jako pielęgniarki spotykamy co dzień całkiem obcych nam ludzi w najintymniejszych dla nich sytuacjach – cierpienia, umierania, bezradności. Czasem, by nie zwariować, trzeba powierzyć ten cały bagaż Panu Bogu. Poprosić, by zdjął go z naszych pleców. Albo dodał sił, by go nieść.

Agnieszka Toczydłowska:

Dla mnie takim oparciem też na pewno jest wiara. Staram się również dużo rozmawiać z rodziną, z przyjaciółmi. Chociaż nie jest tak, że ja wracam po dyżurze do domu jako wrak człowieka – mimo że z boku może to tak wyglądać. Ale uważam, że pielęgniarki powinny mieć zapewniony dostęp do opieki psychologicznej. Nikt o tym nie mówi, a dla nas byłoby to naprawdę bardzo cenne wsparcie.

s. Teresa Toczydłowska CSFA:

Ja mam chyba troszkę łatwiej niż Agnieszka, dzięki wsparciu, jakie daje mi moja wspólnota zakonna. Dzielimy się w niej z siostrami wszystkimi naszymi problemami, które potem wzajemnie omadlamy.

Gdzie kończą się obowiązki pielęgniarki? Skoro, oprócz robienia zastrzyków, zapewniacie również wsparcie psychologiczne...

Agnieszka Toczydłowska:

Staramy się być obok, uspokajać pacjenta czy jego bliskich samą swoją obecnością, pomagać w rozwiązywaniu drobnych problemów, instruować w najprostszych czynnościach pielęgnacyjnych. Chcemy pokazać bliskim, że szpital to nie jest miejsce, gdzie muszą w milczeniu siedzieć przestraszeni na stołeczku w kąciku. Ale też nie możemy, nie mamy prawa, powiedzieć: „Będzie dobrze”. Od udzielania wszelkich informacji jest lekarz i jest to rygorystycznie przestrzegane. My musimy bardzo uważać na wszystko, co mówimy – ktoś, kto chce usłyszeć dobrą czy złą wiadomość, usłyszy ją niezależnie od tego, jaki naprawdę będzie sens naszych słów.

Magdalena Świerczewska:

Z drugiej strony – czasem jedno słowo wystarczy, by całkowicie odmienić samopoczucie pacjenta. Mieliśmy kiedyś na oddziale starszego mężczyznę, którego zapytałam raz: „No jak tam się czujesz, kochany?”. I ten dorosły facet rozpłakał się. Przez 70 lat swojego życia nigdy od nikogo nie usłyszał, że jest kochany. Od tamtego wydarzenia częściej używam tego słowa.

s. Teresa Toczydłowska CSFA:

Powszechnie wiadomym jest, jakie są realia pracy w tym zawodzie. Pielęgniarek jest mało, a pacjentów na oddziale wielu. Tym cenniejsze jest dla nich, gdy potrafimy zatrzymać się nad każdym, by wysłuchać jego historii. Czasem zdarza się, że któryś z pacjentów porówna mnie do anioła... <śmiech>

O to też miałem zapytać… <śmiech>

Agnieszka Toczydłowska:

Mnie do tego anioła dużo, niestety, brakuje. <śmiech> Ale staram się każdego z pacjentów otoczyć ciepłem, pokazać mu, że jest dla mnie kimś szczególnym, a jego problemy są dla mnie ważne. I mam wrażenie, że ci pacjenci to czują. Świadomość, że ktoś o nich pamięta, że nie giną wśród tysięcy innych osób, jest dla pacjentów bardzo ważna.

s. Teresa Toczydłowska CSFA:

Ja w swoim pierwszym szpitalu w Rabce nazywana byłam „czarnym aniołem”. Bardzo często zdarzało się, że pacjenci odchodzili właśnie przy mnie, czasem wręcz jakby czekali na mój dyżur.

Magdalena Świerczewska:

Pewna starsza pani, budząc się po operacji, gdy ujrzała nad sobą mnie i koleżankę ubrane na biało, w pierwszej chwili pomyślała, że zobaczyła anioły. <śmiech> Wielu ludzi ma też np. przy łóżkach małe figurki aniołów. Bardziej lub mniej świadomie, ale zapraszają oni anioły do udziału w swojej chorobie i cierpieniu.

A czy pacjenci w takim razie okazują wdzięczność za opiekę, którą nad nimi sprawowałyście?

Magdalena Świerczewska:

Tak, bardzo często. Zdarza się też np., że ich dzieci robią nam laurki, przynoszą rysunki, wierszyki. Ale są i rodziny „agresywne”, które nam przypisują całą władzę nad życiem ich bliskich. Na swój sposób takich ludzi rozumiem, ale czasem, mimo najszczerszych chęci, nie jesteśmy już w stanie pacjentowi pomóc. I wcale nie jest tak, że jego śmierć nie robi na nas żadnego wrażenia, że przechodzimy nad nią do porządku dziennego i jak gdyby nigdy nic idziemy na kawę.

Pacjenci też chyba czasem zdarzają się agresywni czy wulgarni. Jak zobaczyć Chrystusa w kimś takim?

s. Teresa Toczydłowska CSFA:

Czasem tego Chrystusa zobaczyć jest łatwiej, czasem trudniej. Ale też ten człowiek, który nam ubliża, na ogół nie jest świadomy swoich czynów – wynikają one z jego choroby, przeogromnego bólu, tak fizycznego jak i psychicznego. Sytuacji jest tyle, ilu ludzi.

Magdalena Świerczewska:

Niejednokrotnie zostałam wyzwana od najgorszych czy uderzona. Taka jest specyfika oddziału neurochirurgicznego. Człowiek, który nigdy nie miał do czynienia z pracą w szpitalu, nie zdaje sobie sprawy z tego, jak często pielęgniarka nosi siniaki z powodu swoich pacjentów. O tym nie mówi się głośno. I musimy intensywnie modlić się o łaskę pokory, by z takimi sytuacjami sobie poradzić, by pamiętać zawsze, że jest to wina choroby, a nie człowieka, który cierpi z jej powodu.

Agnieszka Toczydłowska:

Pamiętajmy też, że „noc ma swoje demony”. Gdy o 2-3 w nocy musisz pilnować pacjenta, który w wyniku choroby nie wie gdzie jest i co się z nim dzieje czy agresywnego, a twoim największym marzeniem jest znaleźć się we własnym łóżku ma to zupełnie inną dramaturgię niż, gdy patrzysz na te wszystkie wydarzenia z perspektywy dnia. Pamiętam jednak, że zachowanie pacjentów wynika z ich choroby i nie jest skierowane personalnie przeciwko mnie – każdy na moim miejscu zostałby w tym momencie potraktowany tak samo. Zawsze staram się też tłumaczyć sobie, że to i tak ja jestem w tym układzie w sytuacji komfortowej, to ja jestem tą zdrową, która sprawuje opiekę i nie chciałabym się z tym chorym człowiekiem zamienić miejscami, być od kogoś zależnym. Oczywiście, czasem były takie chwile, że chciałam wziąć torebkę, obrócić się na pięcie i wyjść z pracy już, teraz, w tym momencie.

Magdalena Świerczewska:

Moja obserwacja jest w ogóle taka, że Pan Bóg chętniej zabiera do siebie tzw. „dobrych ludzi”. Bardzo często słyszę o kimś, kto odszedł: „To taki dobry człowiek był”. Z kolei np. alkoholicy, osoby żyjące „nie po Bożemu” wydają się częściej dostawać od Pana drugą szansę, nawet gdy ich stan wydaje się po ludzku beznadziejny.

A czy cierpienie sprawia, że chorzy częściej zwracają się ku Bogu, czy raczej odwracają od niego?

s. Teresa Toczydłowska CSFA:

Bardzo wielu pacjentów ma przy sobie różańce czy książeczki do nabożeństwa. Jedynie sporadycznie zdarza się, by ktoś nie chciał w ogóle o Bogu mówić. Nierzadko za to pacjenci umawiają się na wspólną modlitwę. Popularna jest wśród nich Koronka do Miłosierdzia Bożego.

Magdalena Świerczewska:

Widziałam w szpitalu ludzi, którzy w obliczu trudnej operacji czy ciężkiej choroby jednali się z Bogiem po wielu latach życia w duchowej pustce. Coraz częściej zauważam przy chorych obrazki z Jezusem Miłosiernym. Nierzadko same rodziny zostawiają przy ich łóżkach jakiś „pierwiastek” sacrum. Uważam jednak, że więcej osób mogłoby korzystać z sakramentu namaszczenia chorych. Do dziś pokutuje w społeczeństwie przekonanie, że jest to sakrament udzielany jedynie osobom umierającym, których stan jest po ludzku beznadziejny. Pacjenci w większości zwyczajnie się go boją, kojarzą go ze śmiercią, a nikt przecież nie chce umierać. Z drugiej strony – miałam niedawno pacjenta, który odmówił pójścia na operację guza mózgu, dopóki nie przyjdzie do niego ksiądz z tym sakramentem. No i cały zespół operacyjny czekał, aż ten ksiądz przyjdzie. A pacjent? Wyszedł po operacji zdrowy do domu, choć jego rokowania wcale nie były takie znowuż optymistyczne. Więc może warto…

Wy też modlicie się za pacjentów?

Agnieszka Toczydłowska:

Oczywiście! Codziennie rano jadąc do pracy modlę się do Ducha Świętego, mam taką fajną aplikację z modlitewnikiem w telefonie. Proszę o rozeznanie na nadchodzący dzień, proszę, bym mogła być pożytkiem dla innych. Zawsze też modlę się za pacjenta, który odchodzi. Raz zdarzyło mi się, że podjęłam w intencji pewnego młodego człowieka Nowennę Pompejańską. Bardzo poruszył mnie jego los i cierpienie jego rodziców. Nie wiem co działo się z nim dalej, bo został przeniesiony do innego szpitala, ale ja swoją nowennę doprowadziłam do końca. Mam nadzieję, że wyszedł ze swojej choroby, a jeśli nie – to że ta modlitwa pomogła mu w lepszym świecie.

Magdalena Świerczewska:

Ja również modlę się zawsze w drodze do pracy. Proszę Pana, aby uzbroił mnie w łaski potrzebne w kontakcie z pacjentami, których postawi On na mojej drodze. Gdy pacjent długo kona, męczy się, modlę się o łaskę dobrej śmierci dla niego. A gdy już odejdzie – odmawiam w myślach „Wieczny odpoczynek” za jego duszę. Modlitwę proponuję też zresztą rodzinom konających; zachęcam je, by zorganizowały najbliższym sakrament namaszczenia.

Czy postrzegacie swoją pracę jako posługę w duchu tego Miłosierdzia, którego Rok rozpoczęliśmy?

s. Teresa Toczydłowska CSFA:

Niewątpliwie tę naszą posługę można do uczynków miłosierdzia zaliczyć, chociaż na co dzień pewnie nie zastanawiamy się nad tym zbyt często. Może ten ogłoszony przez Ojca Świętego Franciszka Rok to właśnie dobra okazja, by sobie pełniej znaczenie tego Miłosierdzia uświadamiać. Jest to z pewnością jakiś rodzaj zaszczytu, że Chrystus szafuje swoim Miłosierdziem wobec ludzi również przez nasze ręce.

Magdalena Świerczewska:

Ja również nie myślę o tym na co dzień. Nie jest tak, że wchodzę na salę i mówię: „Dobra, to teraz będę miłosierna”. Czasem, gdy pacjent jest np. w alkoholowym delirium, jestem wręcz zmuszona, by potraktować go ostrzej. Ale robię to też dla jego bezpieczeństwa.

Agnieszka Toczydłowska:

Ten Rok Miłosierdzia to dobra okazja, by pokazać inną twarz pielęgniarstwa. Medialnie pielęgniarstwo kojarzy się ze strajkami, niskimi zarobkami, miasteczkiem namiotowym – jest to obraz niewątpliwie negatywny. A przecież pielęgniarstwo to przede wszystkim świetna okazja, by czynić dobro.

Nie ma wśród pielęgniarek osób z przypadku?

Magdalena Świerczewska:

Gdybym szukała pracy, gdzie wystarczy odwalić te swoje osiem godzin i iść do domu, na pewno znalazłabym coś mniej obciążającego psychicznie...

Agnieszka Toczydłowska:

Osoby, które „nie czują” tej pracy, prędzej czy później odchodzą. Nie można oczywiście generalizować w stu procentach, ale moja obserwacja jest taka, że przy łóżku chorego pozostają ludzie z prawdziwego powołania.

s. Teresa Toczydłowska CSFA:

Zdarzają się osoby, które popadają w zgorzknienie. Ale na to nakłada się wiele czynników – niskie zarobki, problemy w życiu rodzinnym, można by tak wymieniać jeszcze długo. Tutaj znów troszkę łatwiej mają siostry zakonne. Zgromadzenie ma swoje wymagania, ale pozwala mi jednocześnie zachować wolność serca od wielu zmartwień – nie muszę zastanawiać się nad tym, za co wykarmię swoje dzieci, jak mam dogadać się z mężem, gdzie będę mieszkać. Moje własne problemy nie przysłaniają mi więc problemów chorego. A gdy pielęgniarka zmaga się z problemami w życiu osobistym, przekłada się to również na jej relacje z pacjentami czy koleżankami z pracy.

Wy bez tego pielęgniarstwa nie potrafiłybyście chyba żyć, skoro nawet urlopy spędzacie jako służba medyczna na pielgrzymkach...

Agnieszka Toczydłowska:

To prawda. <śmiech> Ale takie pielgrzymowanie ma zupełnie inny wymiar. Gdy wszyscy pielgrzymi rozbijają już namiot, szykują sobie kolację, dla nas praca dopiero się zaczyna. Bierzemy się za przebijanie bąbelków. <śmiech>

Jakie predyspozycje trzeba mieć do tego zawodu?

Agnieszka Toczydłowska:

Trzeba kochać ludzi. Po prostu.

s. Teresa Toczydłowska CSFA:

Umieć traktować z szacunkiem człowieka.

Agnieszka Toczydłowska:

I mieć silny kręgosłup moralny. Być sumiennym i uczciwym. Potrafić przyznać się do błędu, być odpowiedzialnym. I chcieć cały czas się uczyć.

Zdarzało się Wam spotykać w Waszej pracy z przypadkami po ludzku beznadziejnymi, gdzie, mimo bezradności medycyny, pacjent w cudowny sposób wracał do zdrowia?

Agnieszka Toczydłowska:

Zdarzają się takie sytuacje. Opiekowałam się pacjentem w stanie wskazującym na śmierć mózgową. Przygotowywany był on jako dawca narządów do przeszczepów. Nagle jednak, z dnia na dzień, jego stan zaczął się w niewytłumaczalny sposób poprawiać. Do tego stopnia, że gdy pojawiła się komisja, która ostatecznie kwalifikuje kandydatów na dawców, wpisać musiała w dokumentacji, że „pacjent nie wyraża zgody”. <śmiech>

Innym razem miałyśmy pacjentkę w początkowym etapie ciąży, u której wykryto nowotwór mózgu. Leczenie tego typu zmian wymagało naświetlań, podczas gdy dla kobiety w ciąży niewskazany jest nawet zwykły rentgen. Lekarze zalecali tej pacjentce aborcję, na którą jednak ta się nie zgodziła. W pracowni przygotowano więc dla niej specjalną osłonę, która zabezpieczyć miała nienarodzone dziecko przed skutkami naświetlań. Ostatecznie guz został zoperowany, a dziecko urodziło się zdrowe, co już samo w sobie jest cudem. Takie historie nauczyły mnie, by nigdy nie tracić nadziei, a już na pewno nigdy nie odbierać jej pacjentom.

Magdalena Świerczewska:

Również miałam młodą dziewczynę z tętniakiem, której stan wydawał się być, z punktu widzenia medycyny, beznadziejny, a wróciła ona do pełni zdrowia. Widziałam osoby, które otrzymywały 3 punkty w skali Glasgow i wychodziły z tego. A 3 punkty w tej skali oznaczają przecież śmierć mózgu, jak to nazwać, jeśli nie cudem? Był nawet pacjent, który po przebudzeniu opowiedział nam, o czym rozmawiałyśmy z koleżankami, gdy był nieprzytomny. Od tego czasu zaczęłyśmy się pilnować. <śmiech>

s. Teresa Toczydłowska CSFA:

I ja mogłabym przytaczać tego rodzaju historie. Mieliśmy raz taką panią Renatę z Radomia, może nawet teraz czyta ten artykuł. W wyniku powikłań pooperacyjnych miała ona przerwaną ciągłość układu pokarmowego, zainfekowane narządy wewnętrzne. Sytuacja po ludzku beznadziejna, personel spodziewał się śmierci tej kobiety. Jej rodzina jednak nie ustawała w modlitwie, angażując w nią również wszystkich swych znajomych. Pani Renata wyszła ze szpitala na własnych nogach. Zagoiły się jej rany, które nie miały prawa się zagoić. Zdecydowanie był to cud – po ludzku nierealnym jest, by organizm zniósł coś takiego.

Czego nauczyłyście się przez te lata posługi wśród chorych?

Agnieszka Toczydłowska:

Pokory. Oraz pokory. I jeszcze pokory.

s. Teresa Toczydłowska CSFA:

Jeśli tylko nie ulegniemy rutynie, co dzień tak naprawdę stajemy wobec sytuacji, z których możemy nauczyć się czegoś nowego. Przede wszystkim jednak uczymy się dystansu i cierpliwości.

Agnieszka Toczydłowska:

Żyjemy w świecie, w którym wszyscy są przez cały czas szalenie zabiegani. Ludzie nie myślą o tym, że w każdej chwili może nastąpić „cięcie”. A ja, w swojej pracy, spotykam się z tego rodzaju sytuacjami na co dzień. Nabrałam przez to bardzo dużego dystansu względem takich prozaicznych kłopotów dnia codziennego – wobec cierpienia, które widzę, są one niczym. Nie rozumiem już na przykład jak można obrazić się na drugiego człowieka – życie jest zbyt krótkie, piękne i niepowtarzalne, by marnować je na takie rzeczy. Nie są ważne zarobki czy kariera – ważni są ludzie, których mamy wokół siebie. Czasami, rozmawiając z ludźmi spoza środowiska szpitala, odnoszę wrażenie, jakby byli oni z innej planety. Życie jest krótkie i każdym dniem powinniśmy żyć tak, jakby jutra miało nie być. Uważam tę świadomość za bogactwo, które dały mi właśnie spotkania z chorymi.

Magdalena Świerczewska:

Nawet w ostatnich dniach byłam świadkiem sytuacji, która mocno dała mi do myślenia. Mieliśmy w Święta na oddziale 42-letniego pacjenta, głowę rodziny, zmarł 25 grudnia. Żona puszczała mu na tablecie filmik z jasełek, w których grało w przedszkolu ich 5-letnie dziecko. Miała ogromną nadzieję, że uda mu się przeżyć przynajmniej Święta. Niesamowicie płakała po jego śmierci. Pomyślałam wtedy, jak kompletnie nie doceniamy tego, że możemy spędzić to Boże Narodzenie wśród rodziny, w komplecie. Oczywiście, zastanawiałam się również, dlaczego Pan Bóg nie mógł chociaż jeszcze ten jeden dzień poczekać. Ale wierzę, że i w tym miał swój plan.

Moje problemy dnia codziennego wydają mi się dzisiaj śmieszne w porównaniu z tym, co przeżywają inni. Ewangelia wg św. Mateusza mówi, że „dosyć ma dzień swojej biedy”. Nie ma się co przejmować tym, co będzie jutro, bo jeśli mamy np. ukrytego w głowie tętniaka, możemy paść martwi jeszcze dzisiaj. Po takiej nagłej śmierci pewnego młodego człowieka, zreflektowałam się na przykład, by dać mojej rodzinie upoważnienie do mojego konta bankowego. Ale też przynajmniej raz dziennie dzwonię do mamy, by powiedzieć jej, że ją kocham. Bo nie wiem, czy jutro będę w stanie to zrobić, ani czy ona będzie w stanie odebrać. Co i raz słyszę na oddziale głosy osób wyrzucających sobie, że nie zdążyli komuś czegoś ważnego powiedzieć.

Z s. Teresą. Toczydłowską CSFA, Agnieszką Toczydłowską i Magdaleną Świerczewską – pielęgniarkami rozmawiał Karol Wojteczek.

Bez tytułu 1
„Czas ucieka, wieczność czeka...”

KALENDARZ

Listopad 2018
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30

LICZNIK ODWIEDZIN

Jesteś
Licznik odwiedzin
osobą na naszej stronie

CIEKAWE STRONY INTERNETOWE